Tym żył Paryż w grudnia 1887 roku: syn Sary Bernhardt się żenił! Kim była wybranka Maurice’a Bernhardta? Na ślubnym kobiercu stanęła urocza młoda malarka, „la princesse Jablonowska”.
„Cały Paryż świąteczny żywo się zajmował głośnym małżeństwem syna Sary Bernhardt Maurycego z księżniczką Terką Jabłonowską” – donosił w styczniu 1888 roku korespondent tygodnika „Kraj”. Dodawał przy tym ciekawy szczegół: „Państwo młodzi poznali się w znanej szkole malarskiej Juliana, gdzie wspólnie pracowali”.
Koleżanki panny młodej z Académie Julian i znajomi artyści stawili się na ślubie w komplecie. Dziennikarz gazety „Galignani’s Messenger” – lub raczej dziennikarka, jak sugerowałyby niezwykle szczegółowe opisy damskich kreacji – wypatrzył w tłumie m.in. Amélie Beaury-Saurel oraz Louise Abbémę. Jednym ze świadków pana młodego był zaś belgijski malarz Alfred Stevens.

Tajemnicza malarka
Terka uczyła się w Académie Julian od paru lat. Natknęłam się na nią, szukając informacji najpierw o Marii Dulębiance (do biografii Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki), a potem o Leonie Bierkowskiej i Marii Gażycz (do książki Własna pracownia. Gdzie tworzyły artystki przełomu wieków). Do dokładniejszego zbadania jej losów zmotywowała mnie ostatnio premiera filmu Boska Sarah Bernhardt (reż. Guillaume Nicloux, 2024).

W 1885 roku „Czas” informował bowiem z dumą, że w konkursie malarskim „spomiędzy rodaczek naszych, kształcących się w tej szkole, celem nabrania większej w sztuce biegłości, pierwsze odznaczenie (classement) otrzymała znana nasza artystka i krakowianka panna Leonia Bierkowska. Następne zaszczytne wzmianki 3, 8 i 11 z kolei uzyskały pp. Dulębianka, Jabłonowska i Gażyczówna”.

Kim była tajemnicza panna Jabłonowska? Nigdy nie słyszałam o takiej polskiej malarce. W końcu natrafiłam na ślad młodej artystki o tym nazwisku, rzeczywiście uczennicy Académie Julian. W 1886 roku pokazała na paryskiej wystawie obraz zatytułowany Portret mojej matki. W katalogu podpisano ją „Terka”.
A o Terce Jabłonowskiej coś już można znaleźć. Przede wszystkim – kogo poślubiła.

Modna panna młoda
„Z Paryża donoszą nam telegraficznie, iż księżniczka Teresa Jabłonowska, córka księcia Karola Jabłonowskiego, znana we Francji jako artystka-malarka, poślubia p. Maurycego Bernhardta, syna rozgłośnej artystki dramatycznej Sary” – informował warszawski „Kurier Codzienny”.
Para pobrała się 29 grudnia 1887 roku w paryskim kościele Saint-Honoré d’Eylau. Matka pana młodego nastawała, by urządzić zaślubiny o północy. Prawdziwie romantycznie! Sarah była nawet skłonna ofiarować w darze 4 tysiące franków na biednych, byle spełniono jej życzenie. Arcybiskup kategorycznie jednak odmówił, „a to dla uniknięcia zbiegowiska, które mogłoby się stać powodem zaburzeń ulicznych”, jak informował „Dziennik Poznański”.
Ostatecznie ślub odbył się o dwunastej, ale w południe. Pozostałe punkty programu zrealizowano już zgodnie z planem słynnej aktorki: o oprawę muzyczną zadbała orkiestra wraz z chórem z Théâtre de la Porte Saint-Martin (gdzie Sarah Bernhardt grała od niedawna w sztuce La Tosca), a po ślubie goście zebrali się na poczęstunek w jej willi przy Boulevard Pereire.
Powszechnie komplementowano urodę panny młodej: drobnej dziewczyny o regularnych rysach, ciemnowłosej i niebieskookiej. Miała na sobie białą atłasową suknię z koronkowym okryciem i długim trenem, przybraną kwiatami pomarańczy. Prasa szacowała, że taka kreacja musiała kosztować 25 tysięcy franków. Ponoć od teściowej Terka otrzymała jeszcze w podarunkach ślubnych biżuterię wartą 60 tysięcy franków, w tym naszyjnik brylantowy z kolczykami do kompletu i kolię z pereł.


Ślub przyciągnął setki gapiów. Korespondentka magazynu „Wiener Mode” donosiła, że ksiądz musiał uciszać zebrany tłum, który na widok aktorki gwizdał i klaskał.
Synowa gwiazdy
„Publika ciekawa była ujrzeć przede wszystkim Sarę w dzień biały, w perspektywie zostania babką. Powszechne było jednak zdanie, że głośna artystka nadzwyczaj młodo i pięknie wyglądała. Przy tak głośnej mamie para nowożeńców pozostała w cieniu” – kwitował „Kraj”.
Sarah głęboko przeżyła rozstanie z jedynakiem, do którego była ogromnie przywiązana. Małżeństwo zamieszkało w sąsiedztwie, a Maurice odwiedzał matkę nieustannie. Korespondentka „Chicago Daily Tribune”, która w 1889 roku spędziła jeden dzień z aktorką, potwierdzała: Maurice i Terka gościli w jej willi co rano. Bernhardt zapraszała najbliższe kółko na śniadania, a nie kolacje, ponieważ wieczorami grała w teatrze.
Dziennikarka zapewniała, że Sarah ma ogromną sympatię dla swojej synowej i ogromnie cieszy się ze swojej najnowszej roli – babci. Aktorka doczekała się dwóch wnuczek, Simone (1889) i Lysiane (1896).
Korespondent „The New York Times” był przekonany, że Maurice i Terka nawet poznali się dzięki Sarze, na premierze sztuki La Tosca, ale to akurat niemożliwe. Dramat, napisany przez Victoriena Sardou specjalnie z myślą o Bernhardt, został wystawiony po raz pierwszy zaledwie miesiąc przed ślubem jej syna, 24 listopada 1887 roku.


W tej historii mogło jednak tkwić ziarno prawdy. Ten sam tytuł zapamięta Lysiane, która napisze potem fabularyzowaną biografię babki. Podczas pierwszego spotkania z przyszłą teściową Terka wyznaje: „Widziałam panią cztery razy w La Tosce, madame, i żywię dla pani głębokie uwielbienie”. Zaznacza jednak, że Maurice’a zna już od czterech miesięcy.
Według Lysiane aktorka natychmiast się domyśla, że dziewczyna jest zakochana w jej synu. Nie zwlekając, daje im swoje błogosławieństwo. Jeśli tak rzeczywiście było, to tempo przygotowań ślubnych musiało być błyskawiczne.
Nieślubna (?) córka
Przy okazji ślubu „The New York Times” podawał jeszcze jedną pikantną informację… Ponoć „Princess Terka” była nieślubną córką włoskiego króla Wiktora Emanuela. Paryż rzeczywiście huczał od plotek, często zupełnie sprzecznych, za to chętnie podchwytywanych przez dziennikarzy.
Co wiemy na pewno? Ojcem Terki był książę Karol Jabłonowski (zmarł kilka lat wcześniej), a matką Louise – czy Luiza lub Ludwika, jak pisała o niej polska prasa – z domu Mohr. Francuskie gazety, anonsując planowane małżeństwo, podawały pełne brzmienie imion panny młodej: Thérèse-Viriginie-Clotilde, czyli Teresa Wirginia Klotylda.

Często przypominano, że Karol Jabłonowski był skoligacony z rodziną Bonapartych. Krążyły nawet pogłoski, że Terka jest prawnuczką Luciena, brata Napoleona Bonaparte. Lepiej poinformowani dziennikarze wyjaśniali: dziadek Terki, Maurycy Jabłonowski, był mężem Anny Jouberthon – pasierbicy, a nie córki Luciena. Pewien związek rzeczywiście więc istniał, ale bez pokrewieństwa.
Pradziadek panny młodej, Ludwik Jabłonowski, był z kolei posłem austriackim w Neapolu, co może tłumaczyć włoskie powiązania rodziny. Terka urodziła się zresztą w Turynie, jak wynika z jej biogramu w katalogu paryskiej wystawy.
Różne historie opowiadano także o Louise Jabłonowskiej. Korespondentka „Wiener Mode” z nieznanych bliżej powodów przypuszczała, że Terka może być w rzeczywistości jej adoptowaną córką. Z kolei „Kraj” za „Wiener Allgemeine Zeitung” przytaczał historię, jakoby Louise pracowała w młodości w szykownej cukierni w węgierskim Peszcie. Z jednym z licznych adoratorów przeniosła się do Wiednia, a z kolejnym – do Paryża. Piękna i pełna uroku, zrobiła furorę na dworze Napoleona III.

Jakieś strzępy informacji w tym plotkarskiej gmatwaninie mogły być prawdziwe. Lysiane zapamiętała swoją drugą babkę jako dostojną matronę o węgierskich korzeniach (może rzeczywiście pochodziła z Budapesztu?) oraz dawną damę dworu cesarzowej Eugenii, żony Napoleona III (a jednak!).
Skąd tyle dziwnych opowieści wokół Terki i jej rodziny? Zdaje się, że po prostu wszystko, co związane z Sarą Bernhardt, rozpalało wyobraźnię i pomnażało prasowe legendy.
Dziennikarka „The Chicago Tribune” pisała z pewnym zniecierpliwieniem w 1889 roku: „To małżeństwo, jak pamiętacie, spowodowało pewien skandal towarzyski przed dwoma laty. Ktoś, kto nie mógł już ścierpieć powtarzanego nieustannie słowa »mezalians«, powiedział mi kiedyś, w raczej złośliwym tonie: »[…] Bo ona jest córką króla Wiktora Emanuela? Co z tego, przecież Maurice jest synem księcia de Ligne!«”. Rzeczywiście, Maurice był nieślubnym dzieckiem Bernhardt, owocem jej romansu z belgijskim arystokratą.
Żona utracjusza
Choć korespondent „Kraju” wspominał o spotkaniu przyszłych małżonków w Académie Julian, artystyczne aspiracje Maurice’a nie są szerzej znane. Brzmi to jednak całkiem prawdopodobnie. Sarah sama malowała, rzeźbiła i wystawiała swoje prace na paryskim Salonie.
Maurice Bernhardt bywał tu i tam. Dzięki wpływom matki zaczął kierować teatrami, w których ona występowała. Pisywał też sztuki teatralne. Opracował między innymi, co ciekawe, sceniczną adaptację Ogniem i mieczem Sienkiewicza.
Matka starała się także, by Maurice’owi i jego żonie niczego nie brakowało. Prasa podkreślała hojność aktorki. W „Dzienniku Poznańskim” można było na przykład przeczytać: „Sara użalała się przed znajomymi na własną rozrzutność, która stała się powodem, iż zamiast milionów – daje synowi tylko marne kilkaset tysięcy franków. Młode małżeństwo będzie się tedy musiało zadawalać małym pałacykiem przy bulwarze Berthier, gdzie pan młody mieszkał już poprzednio, powozy jego zaś w liczbie pięciu oraz konie pozostaną, tak jak dawniej, u mamy, która ponosić będzie nadal koszta ich utrzymania”.
Bernhardt zarabiała krocie, ale jej fortuna szybko topniała. Co jakiś czas wybierała się więc na zagraniczne tournée, by podreperować budżet. „Cóż jest przyczyną tego rozpływania się funduszów p. Sary?” – zastanawiano się często, jak donosił paryski korespondent „Gazety Lwowskiej”. Odpowiedź brzmiała: Maurice. Lekkoduch i hazardzista.


Dziennikarz opisywał: „Ten syn artystki, którego ona tak czule kocha, lubi wszystkie »kosztowne« rzeczy, lubi więc wino, karty, kobiety, i robi długi, jak gdyby nie był synem aktorki, lecz synem właścicielki miliardów. Ożeniony z księżniczką Jabłonowską, która sama posiadała wielki majątek (z majątkiem tym obszedł się mąż tak samo, jak się obchodzi z funduszami matki), pomimo dosyć dobrego pożycia z żoną, nie gardzi i innymi przyjemnościami, a ponieważ lubuje się także nadzwyczaj w sporcie, przeto i wyścigi konne zabierają mu olbrzymie sumy”.
Właśnie wtedy, w grudniu 1892 roku, opinia publiczna poznała szczegóły tej sprawy. Jak relacjonował lwowski dziennik, Terka uznała, że „aby uratować resztki swojej fortuny, [musi] zażądać rozdzielenia majątku jej i męża, i w zeszłym tygodniu sąd cywilny w Paryżu orzekł to rozdzielenie w rzeczywistości”. Gdyby to nie pomogło, była gotowa ponoć zażądać separacji.
Ostatecznie Bernhardtowie pozostali razem do śmierci Terki, która zmarła w 1910 roku. Pod koniec życia cierpiała na nerki i rzadko opuszczała dom. Sarah przeżyła swoją synową o trzynaście lat.
Koleżanka z Académie Julian
Czy po ślubie Terka nadal malowała? Jeśli tak, to chyba tylko dla siebie, bo jej imię powoli znikało z katalogów wystaw i rubryk artystycznych – choć w 1888 roku zapisała się jeszcze do Stowarzyszenia Artystów Francuskich, podając już nazwisko Bernhardt i nowy adres przy Boulevard Berthier.
Jabłonowska stanowiła chyba typowy przykład utalentowanej panny z majątkiem. Nie podpisywała się rodowym nazwiskiem, portretowała bliskich, a udział w wystawach mogła traktować wyłącznie ambicjonalnie, nie martwiąc się o sprzedaż. Nie musiała zarabiać na sztuce, jak jej mniej zamożne koleżanki, które marzyły i o karierze, i o samodzielności finansowej. W Académie Julian sporo było takich uczennic, ze znaną rosyjską malarką Marią Baszkircew na czele (więcej piszę o tym w książce Własna pracownia).
Niewiele wiemy o wcześniejszej twórczości Jabłonowskiej. W 1886 roku wystawiła wspomniany portret matki. Znalazła się też wśród ilustratorów książki poświęconej historii jeździectwa (Charles-Maurice de Vaux, Les Hommes de Cheval depuis Baucher) wydanej w 1888 roku. W środku wypatrzyłam jeden rysunek sygnowany wyraźnie „Terka”, niezły szkic z dwoma eleganckimi mężczyznami i koniem.




Albéric Cahuet podał w biografii Baszkircew z lat dwudziestych XX wieku, że pojawiająca się w jej dziennikach Polka, niewymieniana z nazwiska, to właśnie Jabłonowska. Rosjanka wspomina o niej już na początku swojej nauki u Juliana, w 1877 roku – jednak Terka miałaby wtedy zaledwie kilkanaście lat. Mogły poznać się później, ale trzeba pamiętać, że Baszkircew zmarła w październiku 1884 roku. Prawdopodobnie w dzienniku mowa więc o innej polskiej malarce (o tym w następnym wpisie!).

Muzeum Sztuki w Dnieprze, Ukraina
Terka na pewno uczyła się w Académie Julian około 1885 i 1886 roku, może dłużej. Jak wynika z notki o szkolnym konkursie, studiowała równolegle z Marią Dulębianką, Leoną Bierkowską czy Marią Gażycz. Musiała się więc zetknąć także z Anną Bilińską.
Bilińska parę razy wspomina w dzienniku o odwiedzinach u „p. Jabłonowskiej”, ale zapewne mowa tu kimś zupełnie innym – hrabinie Julii Jabłonowskiej, znajomej Mickiewiczów i Duchińskich, u których często spotykała się polska emigracja.

Terkę możemy natomiast wypatrzyć wśród uczennic Académie Julian na fotografii zachowanej w albumie Bilińskiej. Od czasu pracy nad biografią Dulębianki staram się ustalić tożsamość uwiecznionych na nim artystek (moje śledztwo w tym wpisie). W tym przypadku sprawa jest o tyle obiecująca, że z fotografii rodzinnych Sary Bernhardt znamy dobrze wygląd Terki.
To musi być ona: prosty nos, spiczasty podbródek, kręcona grzywka. Stoi po prawej stronie, w sukni okrytej szczelnie fartuchem malarskim. Szkoda, że nie podpisała się na marginesie, jak kilkanaście koleżanek. U góry autograf złożył także jeden z nauczycieli, Tony Robert-Fleury.

Wdzięczna modelka
Wiosną 1888 roku, kilka miesięcy po ślubie, Terka przypomniała o sobie na Salonie, ale nie jako artystka, lecz modelka. Jeszcze jako panna Jabłonowska zapozowała do portretu właśnie Robert-Fleury’emu.
Wysłannik „The New York Herald”, który zdawał relację z przygotowań do wystawy, dokładnie opisał obraz. „Piękna brunetka” w wydekoltowanej sukni z kremowobiałego atłasu stała na tle palm i wielkiego błękitnego wazonu. Amerykanin widział dzieło przedpremierowo, w pracowni artysty. Zastał tam także fotografa, który miał uwiecznić portret.
Pomyślałam, że jeśli Robert-Fleury zadbał o fotograficzną reprodukcję, to warto sprawdzić katalog Salonu, w którym zamieszczono zdjęcia wybranych dzieł. I jest! Portret Madame M.B. Dokładnie taki jak w prasowym opisie.

Oglądając portret Terki, dziennikarz musiał o niej pogawędzić z malarzem, bo w artykule zaznaczył: „Pani Maurycowa – była uczennica Académie Julian – przebywa teraz w długiej podróży poślubnej po Afryce i Hiszpanii, daleko od rysunków węglem i modeli”. Daleko, daleko.
