Do niedawna uznawany za autoportret Olgi Boznańskiej, na aktualnym pokazie w Muzeum Narodowym w Warszawie przypisano go Anieli Pająkównie (ze znakiem zapytania). Kto namalował ten obraz i kim jest modelka? Zapraszam na małe śledztwo.
Obraz przedstawia młodą dziewczynę z ciemnymi, wysoko upiętymi włosami. Patrzy na wprost, jedno ramię oparła swobodnie o krzesło czy fotel, splotła dłonie. Ma na sobie białą bluzkę z bufiastymi rękawami, jasną kamizelkę zdobioną błękitnym haftem i śliwkową spódnicę.
Jak wynika z opisu w katalogu cyfrowym Muzeum Narodowego w Warszawie, na odwrocie, w lewym dolnym rogu, widnieje mało czytelny napis naniesiony czarną farbą: „1893 Olga Boznańska”.
Wszystko wskazuje jednak na to, że nie powinniśmy mu wierzyć.


Czy to obraz Pająkówny?
Tak, według mnie to właściwie pewne.
Zestawmy go z najbardziej znanym obrazem Pająkówny, czyli Autoportretem z córką z Muzeum Narodowego w Krakowie. Podobieństwo – nie modelek, lecz sposobu malowania – okazuje się uderzające. Co ważne, nie ogranicza się do ogólnego wrażenia, lecz bardzo konkretnych analogii.


Poszlaka nr 1: usta. Pająkówna namalowała je w charakterystyczny sposób: pod spodem ciemniejszy zarys ust, a na wierzchu, tylko pośrodku, zaznaczone wyraźnie różowe wargi. Gdy porównamy te fragmenty na obu obrazach, okażą się niemal takie same.


Poszlaka nr 2: dłonie. Malowanie rąk nie należało do mocnych stron Pająkówny. Jak zwróciła uwagę Anna Sieradzka w artykule W cieniu Przybyszewskiego (O malarstwie portretowym Anieli Pająkówny) („Biuletyn Historii Sztuki”, 1985), krytycy nierzadko wytykali artystce mankamenty rysunkowe tego typu. Dłonie dziewczyny z portretu wydają się nieproporcjonalnie małe, a zaciśnięte palce niezbyt dopracowane. Boznańska, wręcz przeciwnie, znana była z bardzo uważnego malowania partii dłoni.
Poszlaka nr 3: tło. Moglibyśmy to wręcz uznać za koronny dowód. Tło na obu obrazach jest właściwie identyczne: złotawozielonkawe, z wzorem w stalowobłękitne romby. Kilim, tapeta, a może ozdobna tkanina?

Czy tło było ważnym elementem portretu?
Tak. Rozwieszony za modelem czy modelką materiał mógł ożywić albo wyciszyć kompozycję, dodać koloru i dekoracyjności albo wręcz przeciwnie – stanowić dyskretną oprawę dla ukazanej postaci, nie odciągając uwagi od twarzy.
Pająkówna przywiązywała duże znaczenie do wyboru odpowiedniego tła. Wzmianki na ten temat można znaleźć w korespondencji Anieli oraz jej opiekunki i patronki Heleny Pawlikowskiej, zachowanej w Bibliotece Jagiellońskiej.
W listopadzie 1889 roku malarka, tłumacząc się z wydatków, jakich wymagały jej paryskie studia, pisała: „Tło trzeba by choć jedno kupić – więcej może mogłabym pożyczyć od kogo. Zresztą tło już zostanie na zawsze, to jest rzecz dla mnie niezbędna”.
Wkrótce dodawała, bardzo zadowolona: „Kupiłam już sobie dwa kawałki pluszów na tło, a raczej na tła”. Przypadkowo trafiła na wyprzedaż w domu towarowym Le Bon Marché, gdzie zaopatrzyła się w trzy metry materiału w odcieniu szarawozielonym i półtora metra w ciemnozłotym. „Bardzo się cieszę moimi tłami. Dla malarza tło to skarb prawdziwy, a szczególniej jeżeli ma ładny kolor. Moje nie są bardzo piękne, ale też nie najgorsze”.


Zaopatrzenie pracowni w odpowiednie akcesoria zaprzątało głowę Pająkówny także po przeprowadzce do Lwowa. Gdy jesienią 1891 roku urządzała tam nowe mieszkanie i atelier, mogła liczyć na pomoc niezawodnej Pawlikowskiej. W liście do męża relacjonowała ona długą listę zakupów i odwiedziny w kolejnych lwowskich sklepach:
„Potem dwie pary kolorowych portier do okna i drzwi wraz z podpięciem, parawanik japoński, koc ordynarny [zwyczajny – KDZ], kupiłyśmy u Krzysztofowicza. Dziewczynina ucieszona bardzo tymi przedmiotami, ale bo też śliczniutki ten parawan, pełen szczurów i żab z jednej, a ludzi, zwierząt, ptaków […] z drugiej. Śliczne rzeczy ma ten Krzysztofowicz, a te parawany japońskie to cacka. Obiecał Anielce wypożyczać różne tkaniny, perskie dywany etc. – do malowania. To dla niej wielka rzecz”.
Jeśli asortyment doceniła dość wybredna Pawlikowska, naprawdę musiał być znakomity. W przewodnikach po Lwowie z przełomu XIX i XX wieku można znaleźć reklamy sklepu A. Krzysztofowicza, które potwierdzają szeroki wybór produktów: od tapet, przez kapy na łóżka, po „kilimy krajowe i wschodnie”.


Pająkówna pewnie skorzystała więc z uprzejmej propozycji właściciela. Recenzent „Gazety Lwowskiej” pisał na przykład w 1898 roku, że Pawlikowską sportretowała „na czerwonym wzorzystym tle, jakby na zawieszonym dywanie” – może właśnie wypożyczonym?
Może z tego samego sklepu pochodziło także złotawe tło w szare romby? Powtarzalna geometryczna dekoracja przypomina najbardziej wzory na kilimach, które cieszyły się w tym czasie sporą popularnością. Poziome, szerokie pociągnięcia pędzla, którymi malowane jest tło, wydają się nawet odtwarzać nieregularną, tkaną fakturę.




Czy to portret Boznańskiej?
Raczej nie. Według mnie właściwie na pewno – nie.
Biorąc pod uwagę podobny sposób malowania i identyczne tło, możemy przyjąć, że oba obrazy powstały mniej więcej w tym samym czasie. Datowanie autoportretu jest bezsporne, bo Pająkówna zapisała rok w prawym górnym rogu, obok sygnatury. Wyraźnie widać tam „1907”. Musimy więc uznać za błędną adnotację „1893 Olga Boznańska” na odwrocie portretu, najprawdopodobniej dodaną później przez kogoś innego.

W czerwcu 1907 roku Pająkówna wraz z córeczką na zawsze opuściły Lwów. Portret dziewczyny w białej bluzce musiałby więc powstać najpóźniej wiosną tamtego roku – a to całkowicie wyklucza związek z Boznańską.
Po pierwsze, ukazana dziewczyna jest bardzo młoda. Ma jeszcze nieco dziecięcą, lekko zaokrągloną twarz, gdy tymczasem Boznańska w kwietniu 1907 roku skończyła 42 lata. Po drugie, słynna malarka była już wtedy na stałe związana z Paryżem. Odwiedzała czasem rodzinny Kraków, ale do Lwowa przyjechała dopiero w 1910 roku, przy okazji Powszechnej Wystawy Sztuki Polskiej.
Dziewczyna rzeczywiście przypomina nieco młodszą Boznańską, która miała podobną fryzurę i ciemne oczy, ale zupełnie inny kształt podbródka, węższe usta oraz charakterystyczne dłuższe pasma włosów pozostawione przy uszach.



Czy Pająkówna i Boznańska się znały?
Tak, od dawna. Obie na początku lat 80. XIX wieku uczyły się na Kursach Baranieckiego w Krakowie, w tym samym czasie co malarka Irena Serda czy rzeźbiarki Tola Certowiczówna i Antonina Rożniatowska. Nic nie wskazuje na to, by Pająkówna i Boznańska blisko się wtedy zaprzyjaźniły, ale na pewno obracały się w podobnych kręgach.
W czerwcu 1883 roku dumna Pawlikowska donosiła mężowi, że Pająkówna świetnie wypadła na wystawie uczennic: „Anielka była przed południem w muzeum, gdzie był dziś Matejko. Spomiędzy rysunków wyróżnił rysunki jej, panny Pfeiffer i parę prac panny Boznańskiej”. Miesiąc później pisała z Zakopanego, dokąd wyjechały na wakacje: „Listy gości jeszcze nie widziałam, tylko że z jednej strony koło nas mieszka pani Boznańska z córkami”.
Później drogi malarek się rozeszły. Pająkówna wyjechała na dalszą naukę do Paryża, a Boznańska do Monachium.
Czy Pająkówna malowała podobnie do Boznańskiej?
Trochę. Z czasem krytycy sztuki zaczęli łączyć ich nazwiska, dość często porównując obrazy Anieli do dzieł zdolnej i coraz bardziej rozpoznawalnej koleżanki. Zwykle był to pewnego rodzaju komplement pod adresem Pająkówny, choć doprawiony szczyptą krytycyzmu.
Recenzenci zwracali uwagę na podobne tematy – obie najchętniej malowały portrety – oraz zbliżony sposób budowania kompozycji kolorem i wyraźnymi pociągnięciami pędzla. Przypominało to szczególnie wczesne dzieła Boznańskiej, z okresu monachijskiego.


Zestawianie z utalentowaną koleżanką raczej nie cieszyło Pająkówny, bardzo wrażliwej i niewierzącej we własne siły. Wyraźnie urażona, pisała kiedyś z Paryża do Pawlikowskiej: „Zabawiło mnie to bardzo, że Boznańska chciała mnie naśladować. Dlaczego to zrobiła, czy aby pokazać, że lepiej niż ja potrafi?” (list niedatowany, przypuszczalnie z 1890 roku). Trudno powiedzieć, jaką dokładnie sytuację miała na myśli. Możemy zgadywać, że Boznańska namalowała scenę podobną do kompozycji Pająkówny, tylko z lepszym efektem.
Z porównań z Boznańską Pająkówna nigdy nie wychodziła zresztą zwycięsko. W 1898 roku recenzent „Gazety Lwowskiej” pisał na przykład: „nie mogę się jednak żadną miarą pogodzić z tym tak widocznym przyswojeniem przez p. Pająkównę maniery artystki p. Boznańskiej, ograniczającej się tylko na zaznaczeniu kolorów, bez wyrazistości rysunku i jasności szczegółów”.
Skojarzenia z malarstwem Boznańskiej okazały się bardzo trwałe. Jeszcze w 1906 roku inny krytyk na łamach tygodnika „Nasz Kraj” stwierdzał: „Panna Pająkówna nie wyleczy się już zapewne ze swych błędów. Umie wiele, umie rysować, posiada dar kompozycji, zawsze zręcznie obmyślanej, maluje cudne oczy dziecka, na równi z Boznańską, a jednak prace jej są zawsze martwe, nierówne w wykończeniu, przez to niejednolite, nużące”.
Kim jest modelka?
To zapewne ktoś z bliskiego otoczenia Pająkówny. Koleżanka, sąsiadka, służąca?
W tamtym okresie Aniela wróciła do malarstwa po dłuższej przerwie. W 1901 roku urodziła córeczkę Stanisławę, dziecko Stanisława Przybyszewskiego. Pomagały jej matka i siostra, wspierali Pawlikowscy, ale życie samotnej matki nie należało do łatwych. Szczególnie bez ślubnej obrączki na palcu.
Początkowo Aniela całkowicie poświęciła się opiece nad córką. Wychowywała ją w mieszkaniu połączonym z pracownią przy ulicy Trzeciego Maja we Lwowie, w kamienicy należącej do Pawlikowskich. To tam przed laty spotykała się także z Przybyszewskim.
Gdy dziewczynka nieco podrosła, Pawlikowska zaczęła zachęcać Pająkównę do powrotu do malowania. Pod koniec 1904 roku radziła jej wprost, by zatrudniła opiekunkę choć na kilka godzin dziennie, „ażebyś ty mogła odpoczywać, malować, przespać się trochę w dzień, skoro w nocy nie możesz” (cytat za: Anna Kaszuba-Dębska, Przybyszewska/Pająkówna. Głuchy krzyk, Warszawa 2023, s. 97-98).
Pająkówna wkrótce znalazła młodą służącą z Gorlic. W listopadzie 1905 roku zapisała w dzienniku: „Teraz pragnę więcej malować, więc dziecinkę zdaję po części na Marynię. […] Chcę pracować dla niej… A tak mi przykro, że nie jestem ciągle z nią” (cytat za: Krystyna Kolińska, Córka smutnego szatana, Warszawa 2006, s. 267).

W takich warunkach trudno było prowadzić zwykłe atelier portretowe i przyjmować zamówienia od obcych. Pająkównie pozostało malowanie bliskich, a nade wszystko siebie i ukochanej córki.
Wśród tych nielicznych modelek musiała się znaleźć także pewna dziewczyna w białej bluzce i haftowanej kamizelce, trochę podobna do młodej Boznańskiej. Stanęła na tle kilimu – i na zawsze trafiła do historii malarstwa polskiego. Kimkolwiek była.

Przedsięwzięcie finansowane w ramach Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności (KPO) ze środków Unii Europejskiej – NextGenerationEU w ramach inwestycji A2.5.1 „Program wspierania działalności podmiotów sektora kultury i przemysłów kreatywnych na rzecz stymulowania ich rozwoju”
