„Przyjeżdżając tu miałam tak mylne wyobrażenia o Ameryce, że dotąd oczy otwieram z ciekawością, a często z podziwieniem” – pisała w 1888 roku Kazimiera Dziekońska. Dwa lata wcześniej postanowiła poszukać szczęścia za oceanem.
Wiele jest takich artystek z przełomu XIX i XX wieku. Krótki biogram w Słowniku artystów polskich – o ile nazwisko zaczyna się na literę od A do S, bo kolejne tomy dopiero powstają. Czasem nota w jednym czy drugim katalogu wystawy zbiorowej. Parę wzmianek na marginesie biografii bardziej znanych kolegów i koleżanek. Koleżanka tej, wystawiała obok tamtej, studiowała razem z…
Zazwyczaj wiemy tyle: urodziła się (data zwykle niedokładna), uczyła się (ścieżka podobna do tylu innych: jeśli Kraków, to Kursy Baranieckiego; jeśli Warszawa, to pracownia Wojciecha Gersona; potem Paryż, rzadziej Monachium), pokazywała swoje prace (typowa lista wystaw), osiągnęła pewną rozpoznawalność (w bibliografii parę recenzji, okazjonalny wywiad, dłuższy artykuł, nierzadko dopiero pośmiertny), zmarła (im później, tym częściej znamy datę i miejsce).
Tyle pytań bez odpowiedzi. Kim była? Jaką drogę przeszła? Czy osiągnęła sukces – i jak go definiowała? Czy miała wielkie ambicje artystyczne, czy marzyła przede wszystkim o samodzielności finansowej? Czy dzieła, które dziś znamy, to jej najlepsze prace? Jak radziła sobie w świecie sztuki? Jak urządziła swoją pracownię?
Kilka zapomnianych postaci starałam się ostatnio przywrócić w książce Własna pracownia. Gdzie tworzyły artystki przełomu wieków. Przemienić z suchej notki biograficznej w bohaterki z krwi i kości.
Nazwiskiem z zakurzonego słownika była dla mnie także Kazimiera Dziekońska – do czasu, gdy znalazłam jej wspomnienie o Marii Baszkircew, opublikowane na łamach „The Cosmopolitan” w maju 1890 roku. Był to intrygujący materiał: osobista relacja artystki, nieznane anegdoty z Académie Julian, kulisy powstawania obrazu W pracowni (więcej na temat tego dzieła pisałam w trzyczęściowym artykule, początek tutaj).
Zaczęłam szukać dalszych informacji o Dziekońskiej – i już nie mogłam przestać. Takiej amerykańskiej kariery nie miała w XIX wieku żadna inna Polka.
Koleżanka Baszkircew
„Poznałam Marię Baszkircew pod koniec 1878 roku w pracowni Juliana w Paryżu, gdzie była ona już zaliczana do »mocnych« studentek. Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie pierwszego dnia w pracowni; był to poniedziałkowy poranek, gdy wybierano i ustawiano na cały tydzień modela” – zaczyna swój artykuł Dziekońska (tu i dalej – tłumaczenie własne).

Początkowo się ignorowały. Baszkircew nie zwracała za wiele uwagi na „nową”, a Dziekońska wcale nie miała ochoty zawierać znajomości z Rosjanką. Dopiero po kilku tygodniach nawiązały rozmowę, choć zaczęło się od spięcia.
Pewnego dnia spóźniona Baszkircew ustawiła swoją sztalugę obok Dziekońskiej i zaczęła się rozpychać. „Po paru minutach spojrzałam jej prosto w oczy i zapytałam, czy wojna między Polską a Rosją wybuchła na nowo. Zaśmiała się i cofnęła, a potem nagle oznajmiła: »Jesteś w tej pracowni jedyną dobrze wychowaną osobą«”. Poirytowana Dziekońska odparowała: „Przykro mi, że nie mogę odwzajemnić tego komplementu”, ale Baszkircew nie miała jej tego za złe. W pracowni takie docinki były na porządku dziennym.

Od tamtego dnia rozmawiały chętnie, głównie na tematy artystyczne i towarzyskie. O ile dzieliła je narodowość, o tyle połączyło pochodzenie klasowe. „Och! Jakie się tu stajemy wytworne! Faubourg Saint-Germain to przy nas nic” – żartowały z nich koleżanki. Konwersacje jak z paryskiej dzielnicy wyższych sfer!
Dziekońska nie chciała jednak przyjąć zaproszenia do pałacyku Baszkircew. Nie pomogła zachęcająca wzmianka o polskim doktorze, który od lat leczył rodzinę Marii. Ta uwaga tylko rozjuszyła Polkę, która odparła dumnie, że wcale nie zamierza poznawać rodaka na służbie u Rosjan. Wtedy wywiązała się prawdziwa sprzeczka:
„– Uważam to za głupi patriotyzm.
– Jak sobie chcesz.
– To nonsens – powtórzyła. – Dlaczego więc ze mną rozmawiasz?
– Tutaj jesteśmy koleżankami z pracowni. Wszędzie indziej jesteś dla mnie »Rosjanką«.
– Chciałbyś mnie zabić?
– To by nie pomogło mojej ojczyźnie.
– Och, jesteś taka zabawna! Zapozujesz mi z tym »patriotycznym« wyrazem twarzy?
– To nie jest temat na karykaturę.
– Nie. Namaluję cię jako bohaterkę, z mieczem w ręku i martwym Kozakiem u stóp, i zatytułuję obraz Kasimir Mścicielka!
– Czy wiesz, że moja matka była na zesłaniu?
– Och! Nie wiedziałam. Więc nigdy nie przyjdziesz do mnie do domu?
– Może gdybyś była bardzo chora”.
Dziekońska nie miała wtedy pojęcia, jak prorocze okażą się jej słowa. Baszkircew długo ukrywała przed światem pogłębiającą się gruźlicę, ale pozostało jej już niewiele czasu. Gdy pracownię obiegła wiadomość o chorobie Rosjanki, Kazimiera nie zwlekała z wizytą. Odwiedziła koleżankę, obejrzała jej szkice przywiezione z Hiszpanii i stosy fotografii w różnych kostiumach. Jedną odbitkę dostała na pamiątkę.

Kresowy majątek
Zacznijmy jednak od początku. Czy kogoś zaskoczy, że nasza malarka nieco się odmłodziła? Ale niewiele, bo tylko rok. Słowniki podają, że przyszła na świat 1851 roku, a niektóre katalogi paryskich wystaw – że pochodziła z Wilna.
Tymczasem Kazimiera Teofila Dziekońska urodziła 3 listopada 1850 roku w dworze Mazurkowszczyzna, obecnie w powiecie Wołkowysk na Białorusi.
Skąd to wiem? Księgi z parafii Międzyrzecz, w której została ochrzczona, zachowały się w Państwowym Archiwum Historycznym w Wilnie. Wiwat portal Geneteka i podziękowania dla genealogów, którzy indeksują kolejne tomy akt – szczególnie te zapisane cyrylicą, jak w tym przypadku!
Wypisy z ksiąg parafialnych oraz – uwaga, przeskok czasowy – daty śmierci wyryte na rodzinnym nagrobku na Powązkach dają już pewne wyobrażenie o rodzinie artystki.
Kazimiera była najmłodszym dzieckiem Jana Dziekońskiego i Eleonory z domu Wiesztortt (Wiesztort). Miała troje rodzeństwa: Marię Cecylię (ur. 11 listopada 1846, zm. 1889), Kazimierza Edwarda (ur. 15 kwietnia 1848, zm. 1909) i Helenę Annę (ur. 28 grudnia 1849, zm. 1929). Żadna z sióstr nie wyszła za mąż; rodzinę założył jedynie brat, który w 1875 roku poślubił w Warszawie Marię z Twardowskich.
Pisarz Ignacy Baliński we Wspomnieniach o Warszawie podawał z kolei, że Kazimierę łączyło pokrewieństwo z Michaliną z Dziekońskich Zaleską, wnuczką ostatniego podskarbiego litewskiego, Antoniego Dziekońskiego herbu Korab. Zaleska była rysowniczką amatorką i kolekcjonerką sztuki, która zapisała się na kartach historii jako przyjaciółka i korespondentka wielkich postaci swoich czasów, między innymi Chopina, Norwida czy Kraszewskiego.
Czy Dziekońscy z Mazurkowszczyzny byli zamożni? Chyba umiarkowanie. Zdaje się, że przynajmniej część majątku stracili po powstaniu styczniowym. Potwierdzałaby to wzmianka o matce, która przeżyła zesłanie, rzucona w rozmowie z Baszkircew. W przyszłości jedna z amerykańskich dziennikarek doda, że Eleonora spędziła na Syberii dwa lata.
Dziekońska na pewno szczyciła się natomiast wysokim urodzeniem. Za oceanem będzie się tytułowała „Countess”, hrabiną, a na wizytówce doda sobie arystokratyczną koronę.
Dla przyjaciół z młodości była po prostu Kazią.
Druga w Académie Julian
„U Kazi Dziekońskiej poznałam jej sąsiada z Bulwaru St. Michel” – notuje Anna Bilińska w dzienniku pod datą 8 sierpnia 1884 roku. W katalogach paryskich wystaw z tego okresu figuruje dokładny adres malarki, boulevard Saint-Michel 139, oraz bardziej przyjazna dla zagranicznego ucha wersja imienia: Kasimir.
Dziekońska mieszka już wtedy w Paryżu od dobrych kilku lat. Należy do pierwszych polskich studentek w Académie Julian. Wyprzedziła ją tylko Aniela Wisłocka, zapisana do szkoły dwa lata wcześniej, bo już w 1876 roku.

Zapewne to jedną z nich sportretowała inna studentka, fińska malarka Maria Wiik, na obrazie La Polonaise (1878). Co za pech, że nie znamy żadnej podobizny ani Dziekońskiej, ani Wisłockiej. Chyba na niewiele przydadzą się też uwagi reportera „The Chicago Daily Tribune”, który w 1895 roku opisze Kazimierę tak: „Hrabina jest szczupłą, raczej niską kobietą o miękkich brązowych włosach i niebieskoszarych oczach”. Czy ta kaskada rudawobrązowych włosów może należeć do niej? Trudno rozstrzygnąć.

Dziekońska pisała w „The Cosmopolitan”: „Wracając do mojego pierwszego dnia w pracowni, opowiem trochę o porze lunchu, tym radosnym momencie dnia. Niektórym dziewczynom, zwłaszcza Francuzkom, które nie chciały wychodzić do restauracji, przysyłano lunch, inne przynosiły dobrze zaopatrzone koszyki, a w południe wszystkie rozsiadały się w sali gipsów przylegającej do pracowni; stoły były zaimprowizowane z wysokich stołków, na których kładziono teczki”. Wesoło, głośno, w atmosferze bohemy.

Początkowo Dziekońska musi się przyzwyczaić do zwyczajów panujących wśród studentek. W pracowni nie obowiązują salonowe maniery, a zamiast tego w powietrzu fruwają anegdoty, żarty, docinki. Niektóre rozmowy długo będą jej dźwięczeć w głowie:
„– Wiesz, Rosa Bonheur jest w Paryżu – powiedziała jedna z dziewcząt.
– Rzeczywiście! Muszę złożyć jej wizytę – odpowiedziała inna.
– Ona nie przyjmuje żadnych gości.
– Pójdę jako modelka.
– Jasne, przedstawisz się jako zwierzę.
– Świetnie. Powiem jej, że zapozuję jako koń.
– A ona ci powie: »Mademoiselle, nie potrzebuję konia, lecz osła. Pasujesz idealnie«”.

Rosa Bonheur to znana malarka animalistka, stąd żart o zwierzęcych modelach. Podobnych historyjek Dziekońska ma w zanadrzu więcej. Oto pewna Angielka zostaje ochrzczona „Saint Cloud”, bo ktoś tak zrozumiał niewyraźnie wymamrotane „thank you”. A Madame Magnan, żona kierownika zakładu dla obłąkanych, słyszy podczas przekomarzania się z koleżankami: „Madame, mąż wypuścił panią za wcześnie”.
Studentki pochodzą z całej Europy, wiele jest Amerykanek, pojedyncze Kanadyjki. Dziekońska nie wspomina, czy zawarła w pracowni bliższe znajomości. Na pewno przyjaźni się natomiast z Polkami znanymi z warszawskiej szkoły Wojciecha Gersona. Do Paryża przyjeżdża po kolei cały zastęp jego uczennic: Wisłocka, Dziekońska, Stankiewiczówna, Bilińska, Dulębianka i wiele więcej.

Na przykład latem 1884 roku Dziekońska i Bilińska, wspólnie z jeszcze jedną koleżanką, jadą do podparyskiego Sannois. Planują spędzić na wsi cały miesiąc. „W lesie pustka. Gorąco. Położyłyśmy się na trawie, pozdejmowałyśmy nawet staniki (tj. górną część sukni – przyp. KDZ), narzucając je tylko na ramiona – w tym dużym, przepięknym lesie ani żywego ducha, ptaszków nawet nie słychać” – zanotuje Anna. Błogi wyjazd.
Pierwsza w Ameryce
Dwa lata później Dziekońska jest już bardzo daleko.
22 października 1886 roku „Boston Evening Transcript” informuje w rubryce Arts and Artists: „Mlle. Casimir Dziekońska, uczennica Bouguereau i Robert-Fleury’ego, osiadła w Bostonie i otworzyła pracownię przy Tremont Street 181, gdzie wystawione są jej obrazy z Salonu”.

W styczniu kolejnego roku „The Pilot” poda, że atelier malarki znajduje się w sali nr 30 i można je odwiedzać w poniedziałkowe popołudnia między 14.00 a 18.00, a Dziekońska jest już „znaną osobistością w bostońskim środowisku artystycznym”. Choć celuje w portretach, można też u niej obejrzeć doskonały wizerunek Chrystusa. Jak donosi gazeta, artystka namalowała w kilka miesięcy pięć replik na zamówienie różnych parafii, a trzy trafiły już do amerykańskich kościołów.

Dziekońska ma trzydzieści kilka lat, długie studia u renomowanych artystów i marzenie o zbiciu majątku na sztuce. Od artystki do milionerki – gdzie może się to udać, jeśli nie w Ameryce? Szczególnie, że konkurencja w Bostonie nie jest oszałamiająca.
„Co do sztuki? Najokrąglejsze zero i nic więcej” – relacjonuje malarka. „Oprócz dwóch dobrych portrecistów, uczniów szkoły paryskiej i monachijskiej, reszta albo niedouki z Europy, albo samouki tutejsze […]. W takich warunkach sztuka, jak się zdaje, nigdy tu nie stanie wysoko, bo z jednej strony rozrasta się straszna lichota, a z drugiej strony lepsi artyści mają tylko jedyny cel przed sobą zrobienia fortuny”. Czy można ich za to winić? „Uderzywszy się w piersi, muszę wyznać, że ja tylko po to tu przywędrowałam, ale co mi ducha podnosi, to że widzę postęp w mojej robocie”.
Obszerne fragmenty listu, w którym Dziekońska opisywała swoje wrażenia z Ameryki, opublikował w marcu 1888 roku „Tygodnik Mód i Powieści”. Zapewne był to wyimek z jej prywatnej korespondencji, a nie relacja przygotowana z myślą o tygodniku. Tekst ukazał się bowiem w… Kronice paryskiej, którą prowadziła mieszkająca w Paryżu poetka Seweryna Duchińska. Można podejrzewać, że to właśnie do niej kierowany był list, z którego pisarka wybrała co ciekawsze fragmenty. Taką relację szkoda było zmarnować – w końcu niewielu polskich artystów mogło się pochwalić podobnymi doświadczeniami.

„Boston, liczący zaledwie połowę ludności warszawskiej, jest rozleglejszym niż Paryż. Sama ulica Washington Street ma podobno milę długości. Cały ruch handlowy skupiony w środku miasta, domy tu sześciopiętrowe, a w nich są tylko sklepy i oddzielne pokoje o cenach bajecznych. Za niewielki pokój o jednym oknie, który mi służy za pracownię, płacę dwa tysiące franków na rok. Za dobre atelier, których jest bardzo mało, żądają po dziesięć tysięcy!” – pisała malarka.
Wszystko wskazuje na to, że tym samym Dziekońska została pierwszą polską artystką działającą w Stanach Zjednoczonych.
Kazia sama w Bostonie
Dlaczego Dziekońska wybrała Boston? Tego niestety nie zdradza.
W Académie Julian poznała zapewne Lyle Durgin z Massachusetts, która studiowała w Paryżu wspólnie z siostrą, Harriet Thayer Durgin. Siostry wróciły do Stanów w 1886 roku – i otworzyły pracownię właśnie w Bostonie. Prawdopodobnie to przypadek, ale kto wie? Może koleżanki rozmawiały o swoich planach. Później obie, Lyle i Kazimiera, będą należały do Boston Art Club. A gdy Dziekońska przeniesie swoją pracownię na Boylston Street 98, zostaną sąsiadkami.


Artystka nie wspomina też w swoim liście – a przynajmniej w opublikowanych w prasie fragmentach – o żadnej towarzyszce podróży. Parę lat później Maria S. Porter (o niej za chwilę) napisze o planach sprowadzenia do Bostonu matki Kazimiery. Najwidoczniej nie dojdzie to jednak do skutku, bo Eleonora Dziekońska umrze w 1903 roku w rodzinnym majątku.
Czyżby malarka zdecydowała się na samotną wyprawę za ocean? Chyba tak. „Poważanie dla kobiet bardzo tu wielkie, we wszystkich klasach, stąd zapewne swoboda większa niż u nas. Swoboda ta prawie bez granic, dziwną się z początku wydaje” – przyzna.

Polska emigracja do Stanów jest już w tym czasie znacząca. Może ktoś ze znajomych zachęca Dziekońską do podróży albo doradza Boston. Artystka relacjonuje: „Z Polaków spotkałam tylko pana Chomińskiego z Warszawy, który wyrabia ilustracje, i Stokowskiego (po amerykańsku Kokoki), który rysuje portrety z fotografii”.
Malarz i popularny ilustrator Teodor V. Chomiński współpracował z takimi pismami jak „Harper’s Weekly”, „Life” czy „Vogue”. Miał na koncie również ilustracje książkowe, na przykład do eleganckiego wydania Opowieści wigilijnej Dickensa z 1887 roku (wspólnie z Ignazem Marcelem Gaugengiglem). Pochodził z Warszawy, a do Bostonu przeniósł się ok. 1883 roku, po studiach w Monachium.



„Stokowski” to bez wątpienia C.V. Skokowski (co w ustach Amerykanów mogło rzeczywiście brzmieć prawie jak „Kokoki”), malarz i specjalista od retuszowania fotografii. Brano go niekiedy za Rosjanina, bo wykładał język rosyjski w bostońskim New England Collage of Languages.
Dziekońska nie ogranicza się jednak do kontaktów z rodakami. Wręcz przeciwnie – szybko zaczyna się obracać w amerykańskim towarzystwie. To tam znajduje najlepszych klientów.
Europejski sznyt
Dziekońskiej od początku dopisuje szczęście. Zadowolona chwali się w liście: „[…] mimo że wszyscy mnie uprzedzali, iż trzeba tu czekać parę, a nawet kilka lat, żeby się dać poznać i pracę znaleźć, ja przecież z noworocznych rachunków dowiedziałam się, że moje pędzle wymalowały już ośm tysięcy franków”. Co prawda niemal wszystko wydała na urządzenie się w Bostonie, ale potem będzie już tylko lepiej. Tak przynajmniej zakłada.
Wykorzystuje różne możliwości, żeby zaistnieć. W prasie zamieszcza ogłoszenia jako nauczycielka pasteli – lekcji udziela wieczorami w swojej pracowni. Jeszcze lepszą, darmową reklamę zyska, gdy w 1890 roku opublikuje artykuł w „The Cosmopolitan”. Baszkircew jest wtedy na ustach wszystkich, bo zaledwie rok wcześniej w Nowym Jorku ukazuje się anglojęzyczny przekład jej dziennika. Zapotrzebowanie na nieznane wcześniej historie związane z Rosjanką jest ogromne. Tekst Dziekońskiej szeroko zapowiadają, omawiają i cytują gazety z całych Stanów. A przy okazji – przedstawiają autorkę.

Przedruk w „Boston Evening Transcript” poprzedza wstęp Maria S. Porter, działaczki feministycznej i przyjaciółki Louisy May Alcott, autorki Małych kobietek. Pokrótce opisuje karierę Dziekońskiej i zapewnia: „wszystko, co można teraz oglądać w jej pracowni przy Boylston Street, ma wyjątkową wartość. Mlle Dziekońska jest czarującą i niezwykle utalentowaną kobietą szlachetnego pochodzenia”.
Z kolei Eliza Putnam Heaton w korespondencji dla „The Helena Independent” zdradza czytelnikom, że pracownia Dziekońskiej jest „niezwykle malownicza”. A bystry gość wypatrzy nawet w atelier fotografię Baszkircew w empirowej sukni, ofiarowaną artystce przez samą Rosjankę.
Na marginesie: nazwiska Dziekońskiej i Baszkircew będą łączone w amerykańskiej prasie jeszcze raz, parę lat później, choć wtedy będzie to nieco niespodziewane skojarzenie. W 1895 roku w Chicago ukazuje się The Journal of Countess Francoise Krasinska, Great Grandmother of Victor Emmanuel w przekładzie Dziekońskiej. To tłumaczenie powieści Klementyny z Tańskich Hoffmanowej, stylizowanej na dziennik Franciszki Krasińskiej, prawdziwej postaci historycznej. Z jakiegoś powodu w chicagowskim wydaniu znika jednak informacja o autorce, a na stronie tytułowej widnieje tylko nazwisko tłumaczki. Recenzenci są więc przekonani, że czytają autentyczne zapiski XVIII-wiecznej damy. Szczera i osobista relacja młodej kobiety wielu osobom kojarzy się zaś z… dziennikiem Marii Baszkircew.

Europejski sznyt Dziekońskiej w ogóle podoba się Amerykanom. „Jest Polką, ale patrząc tylko na urządzenie jej pracowni, trudno byłoby zgadnąć, czy pochodzi z Francji, Rosji czy Włoch” – zastanawia się reporter „Wessington Springs Herald”. W atelier wzrok przyciągają nie tylko portrety, lecz także pełne koloru wizerunki dziewcząt w polskich i rosyjskich strojach ludowych.
Atelier na Manhattanie
„Publiczność tutejsza tyle się zna na sztuce, jak niedzielna publiczność w Salonie paryskim” – przyznaje jednak Dziekońska. „Cenią podpis znany i za to płacą”. Choć w prywatnych kolekcjach zdarzają się wielkie nazwiska, to nikomu nie przeszkadza, że arcydzieła wiszą obok marnych portretów malowanych z fotografii.
„Podobno w Nowym Yorku jest inaczej, radzono mi tam się przesiedlić, ale ponieważ mam tu robotę pewną, wolę na tym poprzestać i nie myślę opuszczać Bostonu” – zapewnia artystka.
Z biegiem lat musi zmienić zdanie, bo w 1892 lub 1893 roku decyduje się na przeprowadzkę. Atelier znajduje na Manhattanie, w Van Dyke Studio Building przy Eighth Avenue 939. Elegancki ceglany budynek mieści ponad trzydzieści pracowni. W przyziemiu działa sklep z meblami i dywanami, drugą i trzecią kondygnację zajmuje rodzina właścicieli, a trzy najwyższe piętra podzielono na lokale dla artystów.
Tym razem zaczyna się pechowo. W sierpniu 1894 roku w Van Dyke wybucha pożar, który niemal doszczętnie trawi najwyższe piętro. Wśród trzynaściorga nieszczęśników, którzy mają pracownie właśnie na tym poziomie, jest i Dziekońska. Tylko cudem nikt nie zginął. Jak donoszą gazety, w sezonie letnim większość artystów przebywa poza miastem.


Może to skutki pożaru skłaniają artystkę, by zrobić sobie małą przerwę od Manhattanu? W styczniu 1895 roku reporter „The Chicago Daily Tribune” donosi bowiem: „Ludzie z towarzystwa są bardzo zainteresowani wystawą dzieł w pracowni hrabiny Kasimir Dziekońskiej, która przyjechała do Chicago trzy tygodnie temu z Nowego Jorku, gdzie spędziła ostatnie dwa lata. Każdego popołudnia o godzinie 16.00 w atelier jest serwowana herbata. Pracownia mieści się w budynku Lamberta Tree przy North State Street, a hrabina z przyjemnością przyjmie odwiedziny przyjaciół i wszystkich miłośników sztuki”.


To adres znany w chicagowskim świecie artystycznym. Budowę Tree Studio Building ukończono zaledwie rok wcześniej. Sędzia Lambert Tree i jego żona Anne ufundowali gmach z myślą o przeznaczeniu wyłącznie na pracownie.
Po tym krótkim epizodzie Dziekońska wraca do Nowego Jorku. Czy do spalonej pracowni? Tego nie wiem. W księdze adresowej z 1915 roku znajduję ją już na Broadwayu.
Na pewno wystawia w National Academy of Design, bywa regularnie w modnym kurorcie Lakewood w stanie New Jersey (gazety skwapliwie donoszą o gościach z wyższych sfer), a klientów znajduje wśród amerykańskiej śmietanki towarzyskiej.

Countess Casimir
„I choć ta starsza arystokratka wyglądała tak licho, jej goście pochodzili prosto z artystycznego »Who’s Who«. […] Jeśli kiedykolwiek dostałam nauczkę, żeby nie oceniać kogoś po wyglądzie, to właśnie wtedy. Odkryłam, że hrabina Casimir była uznaną portrecistką, której pozowała cała rodzina Damroschów oraz wielu członków rodzin milionerów Rockefellera i Blaine’a” – napisze pewna młoda Amerykanka, która pozna Dziekońską u schyłku jej kariery (jeszcze do tego wrócimy).
Pod koniec XIX wieku Kazimiera jest u szczytu popularności. Znajomości w odpowiednich kręgach – naprawdę wysokich, jak zaraz zobaczymy – zapewniają jej zamówienia na portrety, a jedno zlecenie pociąga za sobą kolejne. Tak przynajmniej możemy zgadywać, starając się prześledzić powiązania rodzinne i towarzyskie między jej modelami.
Wspomniana Amerykanka spotyka w nowojorskiej pracowni Dziekońskiej Waltera Damroscha, wybitnego dyrygenta i kompozytora, a prywatnie – męża Margaret Blaine, której ojciec przeszedł imponującą polityczną drogę: od senatora ze stanu Maine, przez sekretarza stanu, po kandydata Partii Republikańskiej na prezydenta USA (w 1884 roku przegrał z Groverem Clevelandem).
Dziennikarz „The Chicago Daily Tribune” odwiedzający tymczasowe atelier Dziekańskiej zaznaczał z kolei: „Ściany pracowni zdobią portrety wielu znanych mieszkańców Chicago, a portret pani Emmonsowej Blaine jest szczególnie przyjemny”. Działaczka społeczna i filantropka Anita McCormick Blaine była córką Cyrusa McCormicka (wynalazcy ulepszonej żniwiarki ciągniętej przez konie i wpływowego przemysłowca) oraz wdową po Emmonsie Blaine (wicedyrektorze najstarszej amerykańskiej sieci kolejowej Baltimore and Ohio Railroad i synu przywołanego wyżej polityka).
Reporter wymieniał także inne oglądane w pracowni portrety, między innymi braci pani Blaine, Harolda i Stanleya McCormicków. Pod koniec tego samego roku Harold poślubi Edith Rockefeller, córkę bajecznie bogatego potentata naftowego.





Podobnych klientów artystka miała już w Bostonie. „The Pilot” informował na przykład w 1890 roku: „Namalowany przez Mlle Dziekońską portret generała Greely’ego, słynnego uczestnika wyprawy arktycznej, który wzbudził tak duże zainteresowanie w Boston Art Club, jest obecnie wystawiany w Waszyngtonie”. Adolphus Greely w latach 1881-1884 kierował głośną ekspedycją na kanadyjską Arktykę (Lady Franklin Bay Expedition).


Dziekońska widocznie staje się modna w pewnych kręgach. Szykowna dama, wykształcona w Paryżu, inteligentna i o szerokich horyzontach (jej przekład fikcyjnego dziennika Krasińskiej był szeroko chwalony i doczekał się kilku wznowień) to ktoś, u kogo warto zamówić portret.
Pod tym względem „Countess Casimir” przypomina mi trochę „Princess Lwoff”.
Vilma Lwoff-Parlaghy, pochodząca z Węgier portrecistka, w podobnym czasie odnosi sukcesy najpierw w Berlinie, a potem właśnie w Stanach. Pozują jej cesarz niemiecki Wilhelm II, kanclerz Otto von Bismarck, generał Helmut von Moltke. Mistrzyni autopromocji, zręcznie podsyca zainteresowanie amerykańskiej prasy – podróżując na przykład ze swoim prywatnym zoo – i chętnie wykorzystuje do tego arystokratyczny tytuł oraz swoje koneksje. Dziennikarzom wyjawia też swój artystyczny projekt: oto zamierza namalować trzydziestu najwybitniejszych Amerykanów.

Bez przesady
Wysłannik „The Chicago Daily Tribune” uznaje Dziekońską za „jedną z najlepszych artystek pastelowych w kraju”. Artystka zdradza mu: „Jeśli chodzi o moją pracę, wierzę w szybkość wykonania. Nigdy nie należy przesadzać. Popełniając ten błąd, traci się wiele artystycznego wyrazu”. Urok pasteli tkwi w lekkości i swobodnym stylu, dlatego należy się strzec zbyt długiego wykończania.
Dziekońska doskonale odpowiada na zapotrzebowanie klientów z wyższych sfer. Tworzy podobizny wdzięczne, subtelne, odrobinę wyidealizowane. Przepis na udany portret kobiecy, niezależnie od wieku modelki, brzmi: puszyste włosy, gładka cera, lekko zaróżowione policzki, fragment eleganckiej sukni. Trochę biżuterii, może futrzana etola zarzucona na ramiona, może bukiecik przypięty do dekoltu sukni.
Pastele, które wypłynęły w ostatnich latach na rynku aukcyjnym, to prace na wysokim poziomie technicznym, lecz trochę bez wyrazu.
Ale może oceniamy ją zbyt krytycznie na podstawie paru przypadkowych prac? Nie wiemy, jak wyglądały najlepsze dzieła Dziekońskiej. Portrety zamawiane przez najbogatsze rodziny, często przecież mecenasów sztuki, nie byłyby chyba przeciętne.
Rozproszony w Ameryce dorobek artystki pozostaje właściwie nieznany. Jej obraz wiszą gdzieś na ścianach willi w Bostonie czy Nowym Jorku, a podpis „Casimir” albo „Dziekonska” nic już nie mówi ich właścicielom. Pojedyncze prace utknęły na wieki w otchłani muzealnych magazynów. Na jeden z portretów natknęłam się w katalogu Museum of the City of New York, niestety bez załączonej reprodukcji (czekam jeszcze na odpowiedź z muzeum).



„Chcę być znana z mojej pracy jako artystka. Niewiele jest o mnie ciekawego do powiedzenia” – powie jeszcze chicagowskiemu dziennikarzowi Dziekońska. A jednak, dziś jej biografia wydaje się o wiele ciekawsza niż twórczość.
Wyblakła sława
Kryzys przychodzi na początku XX wieku. Dziekońska zaczyna mieć problemy ze wzrokiem.
Pracuje coraz mniej, zarabia też coraz mniej. Ratują ją przyjaciele – lojalni i serdeczni, ale też, co nie jest w tej sytuacji bez znaczenia, zamożni i prominentni.
W czasie I wojny światowej Dziekońska jest już tylko cieniem dawnej siebie. To właśnie wtedy spotyka ją po raz pierwszy Mary Lee McMillan. Po wielu, wielu latach wyda wspomnienia zatytułowane My Helenka, w których opisze swoje przygody w roli sekretarki Heleny Paderewskiej. Znajdzie się tam też sporo wzmianek o „Countess Casimir”, a nawet fragmenty jej listów.
Młoda Amerykanka nieco przypadkiem trafia pod skrzydła Paderewskich, którzy starają się być polskim głosem w Nowym Jorku. Słynny pianista wykorzystuje kontakty polityczne i dyplomatyczne, jego żona skupia się na pomocy humanitarnej. Do ich apartamentu w hotelu Gotham co chwilę wpada ktoś utalentowany i ważny. Raz jest to gwiazda opery Marcelina Sembrich-Kochańska, innym razem pisarka Laurence Alma-Tadema, córka znanego malarza.



Gdy w progu staje ekscentryczna dama z pakunkiem pod pachą – zawierającym, jak się później okaże, wciąż mokry obraz – Mary Lee nie wie, co myśleć. Pyta jednak uprzejmie, czy pomóc jej z paczką. „»Pliz« – powiedziała z silnym polskim akcentem. Nawet w tym jednym słowie było coś równocześnie wyniosłego i pełnego wdzięku. Miała na sobie podniszczone stare futro i wypłowiały czarny aksamitny kapelusz, z którego zwisała pojedyncza, zniszczona przez pogodę róża”.
Znajomość zaczyna się nieciekawie, bo pakunek z obrazem brudzi płaszcz sekretarki. A jednak jest w tej całej sprawie coś intrygującego. Gorące przeprosiny i zaproszenie na niedzielę. Wręczona wizytówka z tytułem i koroną nad nazwiskiem. Potok pochwał z ust Paderewskiej.

Ostatecznie Amerykanka odwiedza niezwykłe mieszkanie, w którym panuje artystyczny nieład. To wtedy przekona się dobitnie, że nie należy oceniać książki po okładce. Spotyka śmietankę towarzyską, a Frank Alvah Parsons, dyrektor nowojorskiej szkoły artystycznej założonej przez malarza Williama Merritta Chase’a (obecnie Parsons School of Design), opowiada jej co nieco o gospodyni. „Powiedział mi, że Countess Casimir była kiedyś naprawdę znana w świecie sztuki, ale teraz, z powodu osłabionego wzroku, jej sytuacja stała się bardzo trudna”.

Parsons, blisko zaprzyjaźniony z Dziekońską, ofiarowuje jej do użytku pracownię w budynku swojej szkoły na Broadwayu. Paderewska przesyła jej regularnie kosz z przysmakami. Artystka przyjmuje wszystkie podarki i przysługi z królewskim wdziękiem.

Może tylko jedno nie pasuje do jej arystokratycznych manier, przynajmniej w oczach Mary Lee: sama skręca sobie papierosy.
Tęsknota i ketchup
Po wojnie Paderewscy wracają do Europy, a Mary Lee przenosi się do Raleigh, stolicy Karoliny Północnej. Zaprasza do siebie Dziekońską, która, o dziwo, szybko przyjmuje propozycję. Malarka okazuje się miłym, ale nieco kłopotliwym gościem. „Wizyta Casimir przeciągnęła się z tygodni w miesiące. Biedactwo po prostu nie miało funduszy, żeby jechać gdzie indziej” – będzie wspominała Amerykanka.
Starą przyjaciółkę znów ratuje Parsons, który postanawia zorganizować jej powrót do Polski. I tak Dziekońska po ponad czterech dekadach życia na emigracji – najpierw w Paryżu, a potem w Stanach – wraca do Warszawy. Jest początek lat 20. Zmieniło się wszystko.

Do trudności z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości dochodzą zwykłe, codzienne problemy. Kazimiera przekroczyła już siedemdziesiątkę, a w powojennej Polsce sytuacja z zaopatrzeniem bywa wciąż trudna. „Schudłam tak, że skóra wisi na kościach, i czuję się taka wyczerpana, gdy wracam z pracowni po jakichś czterech godzinach pracy, że jestem w stanie tylko się położyć i przeżywać, jak bardzo tęsknię za Ameryką, choć kocham Polskę” – zwierza się w liście do Mary Lee. Przyjaciele zza oceanu ratują ją paczkami pełnymi frykasów.
Jak zawsze, jakoś sobie jednak radzi. Amerykańską przyjaciółkę zapewnia: „Namalowałam tu kilka portretów, dużych obrazów olejnych i pastelowych główek; mam już kolejne zamówienie i zarabiam mnóstwo pieniędzy w polskich markach; po przeliczeniu na dolary te sumy byłyby jednak skromne. Mimo to czuję, że ja i moja siostra mamy zabezpieczony byt”. Pozostały tylko we dwie: Kazimiera i Helena, nauczycielka muzyki.
Dziekońska wspomina w liście, że zaczęła tłumaczyć kilka książek dla dzieci. Okazjonalnie współpracuje też z magazynem „Bluszcz”. Jesienią 1925 roku magazyn publikuje na przykład jej artykuł Z przedsiębiorstw i spiżarni amerykańskiej, w którym Dziekońska omawia uprawę pomidorów. Tekst uzupełnia… wybór przepisów na ketchup, relish, sos chili itd.

Zawsze pełna wigoru i optymizmu, artystka załamuje się po śmierci Heleny w 1929 roku. „Od śmierci mojej siostry rok temu czuję się zupełnie bezużyteczna na tym świecie. Obracam się w próżni i tracę wszelkie zainteresowanie życiem. […] Ledwo chodzę i nie mogę myśleć o podróżach. Maluję trochę, kiedy powalają mi na to oczy. Mam teraz na warsztacie dwa wielkie obrazy kościelne, ale tak łatwo się męczę stojąc, że praca idzie powoli”.
Kazimiera Dziekońska umiera 31 marca 1934 roku. Zostanie pochowana w grobie rodzinnym na Powązkach, razem z pozostałym rodzeństwem.


Przedsięwzięcie finansowane w ramach Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności (KPO) ze środków Unii Europejskiej – NextGenerationEU w ramach inwestycji A2.5.1 „Program wspierania działalności podmiotów sektora kultury i przemysłów kreatywnych na rzecz stymulowania ich rozwoju”
